W internecie co jakiś czas pojawia się roślina, która ma być odpowiedzią na problemy znane ludziom na całym świecie. Jedna ma pomagać schudnąć, inna poprawiać sen, jeszcze inna dodawać energii. Nazwy bywają egzotyczne, opakowania nowoczesne, a opisy produktów napisane tak, żeby od razu wzbudzić zainteresowanie. Wystarczy jednak przyjrzeć się bliżej, żeby zobaczyć, że za niektórymi z tych historii stoi znacznie ciekawszy mechanizm niż sama obietnica zdrowia.
Afrykańskie mango jest dobrym przykładem. Nie chodzi przy tym o zwykłe mango, jakie można kupić w polskim sklepie spożywczym. Irvingia gabonensis to drzewo występujące w zachodniej i środkowej Afryce. Jego owoce są wykorzystywane jako żywność, a nasiona mają znaczenie również w lokalnej kuchni. Dopiero później ekstrakt z nasion zaczął pojawiać się w produktach sprzedawanych osobom zainteresowanym kontrolą masy ciała. NIH opisuje pochodzenie rośliny i badania nad jej ekstraktem.
I właśnie tutaj zaczyna się historia, którą warto opowiedzieć. Jak coś, co dla mieszkańców danego regionu jest częścią codziennego życia, staje się produktem sprzedawanym na drugim końcu świata? Zwykle nie wystarczy sama roślina. Potrzebna jest jeszcze historia, którą da się opowiedzieć klientowi.
Egzotyczna nazwa działa na wyobraźnię. Przywodzi na myśl odległe miejsca, naturę i wiedzę, której nie znajdziemy na półce z popularnymi produktami. W reklamie łatwo połączyć ją z opowieścią o dawnych tradycjach i odkrywaniu tego, co przez lata miało pozostawać poza zainteresowaniem zachodniego świata. To atrakcyjny przekaz, ale nie zawsze mówi wiele o tym, czy konkretny preparat rzeczywiście działa.
W przypadku afrykańskiego mango ważnym etapem stały się badania nad możliwością wspomagania odchudzania. Pojawiły się publikacje opisujące wyniki prób z udziałem ludzi, a wraz z nimi zainteresowanie ekstraktem jako składnikiem suplementów. Nie oznacza to jednak, że sprawa została naukowo rozstrzygnięta.
Przegląd badań opublikowany w 2013 roku wskazywał, że dostępne próby były nieliczne i miały istotne słabości metodologiczne. Autorzy uznali wówczas, że dowody nie wystarczają, by polecać ekstrakt z Irvingia gabonensis jako środek wspomagający odchudzanie. Późniejsza analiza z 2020 roku również zwracała uwagę na niską jakość większości uwzględnionych badań i potrzebę przeprowadzenia lepszych prób. Przegląd z 2013 roku i analiza z 2020 roku pokazują, dlaczego pojedynczych obiecujących wyników nie należy traktować jak ostatecznego dowodu.
To ważna różnica, która często ginie w reklamowym skrócie. Informacja, że naukowcy zbadali jakiś składnik, nie jest tym samym co potwierdzenie, że gotowy produkt przyniesie konkretny efekt. Liczy się między innymi to, ilu ludzi wzięło udział w badaniu, jak długo ono trwało, jaki preparat zastosowano i czy wyniki udało się niezależnie potwierdzić.
Na rynku wellness naukowa ostrożność przegrywa czasem z prostszą opowieścią. „Badano ekstrakt” łatwo zamienia się w przekaz, z którego odbiorca wyciąga wniosek, że produkt ma udowodnione działanie. Potem dochodzi profesjonalnie wyglądająca strona, zdjęcia owoców, opis pochodzenia składnika i możliwość zamówienia preparatu bez wychodzenia z domu. Z punktu widzenia sprzedaży to sprawny mechanizm. Z punktu widzenia klienta warto zatrzymać się na chwilę i sprawdzić, co właściwie zostało potwierdzone.
Nie oznacza to, że każda egzotyczna roślina jest bezwartościowa albo że tradycyjna wiedza nie ma znaczenia. Wiele roślin jest wykorzystywanych w żywności i badaniach naukowych, a część ich składników może mieć interesujące właściwości. Problem pojawia się wtedy, gdy obiecujące hipotezy przedstawia się tak, jakby były już pewnym rezultatem, albo gdy właściwości samej rośliny przypisuje się automatycznie każdemu produktowi z jej ekstraktem.
Jest też druga strona tej historii. Kiedy roślina z konkretnego regionu zaczyna przynosić pieniądze na światowym rynku, pojawiają się pytania o to, kto zarabia na jej popularności, kto kontroluje sprzedaż i czy korzyści trafiają również do ludzi, dla których ta roślina od dawna była czymś zwyczajnym. Nie da się odpowiedzieć na te pytania w odniesieniu do wszystkich produktów jednym zdaniem. Wymagałoby to sprawdzenia konkretnego łańcucha dostaw, producentów i pochodzenia surowca. Samo zdjęcie afrykańskiego drzewa na opakowaniu nie mówi nam, jak wygląda ta droga.
Podobny schemat można dostrzec w całej branży wellness. Produkt nie sprzedaje się wyłącznie dlatego, że zawiera określony składnik. Sprzedaje się również dlatego, że obiecuje zmianę, odwołuje się do natury i daje wrażenie odkrycia czegoś nowego. A im bardziej skomplikowana jest nauka stojąca za składnikiem, tym łatwiej uprościć ją w reklamie do jednego hasła.
Afrykańskie mango pokazuje więc nie tylko, jak egzotyczna roślina trafia do internetowej oferty. Pokazuje też, jak daleka może być droga od tradycyjnego zastosowania, przez badanie naukowe, aż do obietnicy składanej klientowi. Na każdym z tych etapów coś się zmienia. I właśnie dlatego przed zakupem suplementu lepiej sprawdzić nie tylko, skąd pochodzi jego składnik, ale także, ściśnie wiadomo o jego działaniu.
Materiał zawiera link afiliacyjny. Jeśli dokonasz zakupu za pośrednictwem tego linku, portal może otrzymać prowizję. Nie wpływa to na cenę zakupu.
Materiał ma charakter informacyjny. Suplementy diety nie są lekami, a opisane badania nie stanowią potwierdzenia skuteczności konkretnego produktu.




