Kościół Wang w Karpaczu – drewniany skarb z Norwegii w sercu Karkonoszy

Kościół Wang w Karpaczu

Poranek w Karpacz zaczyna się cicho. Mgła jeszcze trzyma się nisko, między drzewami, jakby nie chciała oddać pola górom. Droga w stronę świątyni pnie się łagodnie w górę, a potem nagle — jest. Drewniana, ciemna, trochę jakby wyjęta z innego świata. Kościół Wang nie pasuje tu do końca, i może właśnie dlatego przyciąga.

To nie jest zwykły kościół. Jego historia zaczyna się daleko stąd, w norweskiej miejscowości Vang. Powstał na przełomie XII i XIII wieku, w czasach, gdy chrześcijaństwo dopiero zakorzeniało się w Skandynawii, a dawne wierzenia wciąż jeszcze gdzieś pobrzmiewały w ornamentach i symbolach. Budowla była tzw. kościołem klepkowym – konstrukcją charakterystyczną dla Norwegii, wznoszoną bez użycia gwoździ, z pionowych drewnianych belek.

Z biegiem lat świątynia podupadła. W XIX wieku była już w złym stanie technicznym, groziła rozbiórką. I wtedy zaczyna się druga część tej historii, trochę jak scenariusz filmu. Norweski malarz Johan Christian Dahl zainteresował się losem kościoła i podjął starania, by go ocalić. Ostatecznie świątynię kupił król Prus Fryderyk Wilhelm IV.

To on zdecydował, że kościół zostanie przeniesiony na Śląsk. W 1842 roku rozpoczęto demontaż w Norwegii, a następnie przewieziono elementy do Karpacza. Tutaj, na wysokości około 885 metrów n.p.m., rozpoczęto rekonstrukcję. Prace zakończono w 1844 roku, choć nie obyło się bez zmian – dodano kamienną dzwonnicę i mury ochronne, których w oryginale nie było.

Kiedy stoi się dziś przed Wangiem, trudno nie mieć wrażenia, że czas się tu trochę pomylił. Drewniane portale zdobią motywy smoków i roślin, przypominające jeszcze czasy pogańskie. Wnętrze jest skromne, ale ciepłe – drewno tłumi dźwięki, światło wpada przez niewielkie okna i układa się miękko na ścianach. Nie ma przepychu, raczej prostota, taka surowa.

Miejscowi mówią, że kościół „ma swoją energię”. Może to tylko słowa, ale coś w tym jest. Turyści przychodzą, robią zdjęcia, odchodzą. Niektórzy zostają dłużej, siadają na ławce, jakby chcieli coś usłyszeć. Ciszę, historię, albo po prostu oddech gór.

Bo Wang to nie tylko zabytek. To świadek drogi – tej fizycznej, z Norwegii do Karkonoszy, i tej mniej uchwytnej, między dawnymi wierzeniami a chrześcijaństwem. I może dlatego, mimo że stoi tu już prawie dwa wieki, nadal wygląda trochę jak przybysz. Trochę obcy, trochę swój.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *